Miasto Tańczącego Karpia

Dziś opowiem o grze, która fascynowała mnie przez ostatnie trzy tygodnie i nie pozwoliła wyrzucić się z głowy. Stała się swego rodzaju obsesją i wręcz obowiązkiem, do którego potrzebowałam wracać prawie codziennie. Miasto Tańczącego Karpia to książka i gra w jednym, w której odwiedzamy tytułowe miasto i wchodzimy w interakcję z jego mieszkańcami. Napotkamy tam różne zadania, sytuacje i tajemnice, które postaramy się rozwikłać, a całość zabawy okraszona będzie sporą dozą lekkiego humoru, groteski, magii i …sympatyczności. Specjalne pozdrowienia należą się Forumowiczom, bo to dzięki wątkowi na stronie Forum Gry Planszowe dowiedziałam się o tym tytule… i wsiąkłam w tę książkę na długie godziny, zaniedbując wszelkie codzienne sprawy na rzecz obowiązków wypełnianych w fantastycznym mieście Karpia.

Wędrówka z plecakiem i nalepkami

Miasto Tańczącego Karpia to książkowa gra, której autorami są Aleksandra i Daniel Mizielińscy, wydana przez Wydawnictwo Dwie Siostry. Autorów ceniłam już za świetną ilustrowaną książkę Mapy, która choć przeznaczona głównie dla dzieci, trafiła i na moją półkę. Miasto Tańczącego Karpia to jednak zupełnie inny kaliber, bo jest to właściwie gra paragrafowa. Kierowana do dzieci lub grania z dziećmi, okazuje się być świetną przygodą również dla dorosłych. Choć na podstawie własnych doświadczeń muszę stwierdzić, że w świecie dorosłych najlepiej nadaje się do grania solo.

Na grę składają się: duża książka z ilustracjami, książka z paragrafami tekstu pt. Podróżnik oraz arkusze z naklejkami. Paragrafów jest prawie tysiąc, nalepek ponad 250, stron w głównej książce miasta ponad pięćdziesiąt. Słowem – czeka nas ogrom pracy i zabawy. Dla osób, które lubią prace z mapą, ślęczenie nad planami miast, wyszukiwanie szczegółów na obserwowanych ilustracjach i nieco dedukcji, ta pozycja jest grzechu warta.

Na końcu książki z ilustracjami znajdziemy plan miasta podzielony na prostokąty. Każdy prostokąt to jedna rozkładówka w książce, czyli dokładnie tak, jak w każdym zwykłym atlasie geograficznym. Strony książki przedstawiają bogato zilustrowane życie miasta i jego mieszkańców – przygotowujących się do nadchodzącego Festiwalu Siedmiorękiego Orangutana lub po prostu czymś zafrasowanych. Wiele postaci opatrzonych jest numerami – to odsyłacze do tekstu w książce paragrafowej. Zabawę z książką możemy rozpocząć w dowolnym miejscu, na dowolnej stronie. Przypomina to wejście do miasta i zagadnięcie przypadkowej postaci. Każda z nich coś nam powie lub o coś poprosi. To, co z tym zrobimy zależy już od nas. Mamy całkowitą dowolność w zwiedzaniu miasta i podążaniu za gromadzącymi się wątkami. Niektóre postaci pozwolą nam zdobyć hasła, które odznaczymy na liście haseł na wewnętrznych skrzydełkach okładki Podróżnika. Nieraz dostaniemy też większe przedmioty: zaznaczane w plecaku na ostatnich stronach Podróżnika. Wszystkie te hasła i przedmioty posłużą nam w kolejnych przygodach, bo zagadki i sprawy do rozwiązania kryją się we wszystkich zakątkach miasta i poza jego murami. A nie powiedziałam jeszcze o najprzyjemniejszym: o naklejkach. Zazwyczaj, gdy uda nam się rozwiązać jakiś problem, pomóc postaci, czy zmienić jakąś nieciekawą sytuację w mieście, dostaniemy namacalny dowód tej zmiany: nalepkę. Naklejkę tę przykleimy w konkretnym miejscu ilustracji (pasują idealnie), zmieniając daną scenkę. Jesteśmy tu więc wędrowcem mającym aktywny wpływ na to, co dzieje się w mieście.

Festiwal Siedmiorękiego Orangutana

A dzieje się tu wiele. Miasto Tańczącego Karpia organizuje Festiwal Siedmiorękiego Orangutana, na który zjeżdżają przedstawiciele innych miast paktu. Jasnym więc jest, że przygotowania do uroczystości zajmują wszystkich mieszkańców, problemy się mnożą, delegacje innych miast mają swoje potrzeby, a wiele postaci ma własne tajemnice i więcej już nie napiszę, żeby nie wprowadzać żadnych spojlerów.

Wrażenia z gry są znakomite. Bardzo podoba mi się ten lekko zwariowany charakter całej fabuły; przy rozwiązywaniu kilku zadań naprawdę się pośmiałam. Sama gra i zadania, czy zagadki jako takie nie są wcale trudne – to w dużej mierze jednak gra kierowana do dzieci – ale satysfakcję daje samo niesienie pomocy postaciom w kłopotach. Większość zadań opiera się na poszukiwaniu, kojarzeniu i spamiętaniu informacji pozyskiwanych od różnych postaci na różnych stronach książki. Z czasem nabywamy orientacji w mieście i coraz bardziej wciągamy się w perypetie jego mieszkańców. Dominujące jest jednak delikatne poczucie absurdu, które towarzyszy wielu historiom w tej książce. Myślę, że dzięki temu gra spodoba się też dorosłym. Historie są na tyle bezpieczne, że możemy wpuścić czytające już dzieciaki do Miasta Karpia zupełnie samodzielnie. Zarazem cała opowieść nie jest nudna dla dorosłych, bo dostrzegają w niej lekkie mrugnięcia okiem i humor, który nie jest banalny. No i nalepki. Wierzcie mi, możliwość zaklejenia jakiejś przykrej sytuacji pozytywnym rozwiązaniem daje takie poczucie dobrze spełnionego obowiązku, że człowiek dostaje skrzydeł. Nieco gorszą stroną tej sytuacji jest fakt, że od książki ciężko się oderwać. W znaczeniu: trudno mi było zamknąć książkę i pozostawić któregoś z mieszkańców bez pomocy. Miasto Tańczącego Karpia jest grą przewidzianą na kilkadziesiąt godzin zabawy i nie da się tu pomóc wszystkim naraz. Przy okazji rozwiązywania jednych spraw, rodzą się nowe, a wiele wątków zostanie rozstrzygniętych dopiero przypadkiem, bo tu nie ma prostej drogi dojścia do pożądanego wyniku. Nawet jeśli bez problemu zapamiętujemy wszystkie pozyskiwane informacje, na część rozwiązań możemy natrafić niejako przy okazji.

Wielu graczom Miasto Tańczącego Karpia zapewne skojarzy się z grą MikroMakro: na tropie zbrodni. Tam naszym zadaniem było rozwiązywanie spraw kryminalnych na dużej, czarno-białej mapie miasteczka. W Mieście Karpia moim zdaniem wszystko rozwiązano wygodniej i nieco przyjaźniej. Wszystkie ilustracje są kolorowe, co nadaje bardziej bajkowy styl tej grze. Arkusze mapy przedstawione są na kolejnych stronach atlasu, zaś jeden plan na końcu książki scala nam wszystkie strony w jedno. Dla mnie to poręczniejsze rozwiązanie. Trudno nie wspomnieć też o cenie obydwu tytułów, które to porównanie zdecydowanie przechyla szalę na stronę Karpia. Choć warto zaznaczyć, że Miasto Karpia jest grą do jednokrotnego przejścia.

Sama zaczęłam przygodę z książką od strony z jeziorem na obrzeżach mapy. Podoba mi się to, iż o wszystkim decydujemy tu sami i możemy rozpocząć sobie pogawędki z kim chcemy, bez żadnego specjalnego klucza. Ten fakt bardzo pomógł mi zanurzyć się w rzeczywistość przygotowań do festiwalu i bawić się zwykłym wędrowaniem po mieście. Największą uciechą były zadania wymagające pewnej orientacji przestrzennej: śledzenia pewnych znaków, czy prowadzenia trasy po całej mapie, między stronami. Chciałabym móc napisać coś więcej i podzielić się tymi najśmieszniejszymi historiami z moich wędrówek, tymi, z którymi miałam problem, tymi najciekawszymi, ale przecież nie mogę. Jeśli zainteresujecie się tą grą, będziecie chcieli wszystko odkryć i przeżyć samodzielnie.

Powiem tylko, że po rozwiązaniu całości poczułam się… gorzej. Na chwilę życie straciło sens, bo okazało się, że gra podziałała na mnie jak narkotyk. Potrzebuję kolejnych dawek. Głód nieco uśmierzyła informacja autora na BGG, że planowana jest druga część tej historii, która będzie rozgrywać się w innym z miast Paktu Siedmiorękiego Orangutana.

Podsumowanie

Bardzo namawiam do zainteresowania się tą książką i grą zarazem. Będzie doskonałym prezentem dla dzieciaków, ale polecam ją również wszystkim lekko szurniętym dorosłym. Zabawa w Mieście Tańczącego Karpia dała mi tyle satysfakcji i przyjemności, że trudno mi wskazać jakiekolwiek wady. Chciałabym może nieco trudniejszych zagadek, bo mimo wszystko w grze dominują te oparte o spostrzegawczość i dobrą pamięć. Jednak wówczas gra nie miałaby tak szerokiego kręgu odbiorców.

Na koniec podkreślę jeszcze, jak wielką radość dała mi zupełnie dziecięca czynność nalepiania naklejek na ilustracje książki: tak, by wszystko idealnie pasowało i bym mogła cieszyć się szczęśliwą miną kolejnego mieszkańca. To chyba ta cecha gry wybrzmiewa najmocniej. Fakt, że obok innych zmysłów, w zabawę zaangażowany jest zmysł dotyku oraz to, że mamy możliwość pomagania poznawanym postaciom. Po każdym posiedzeniu nad Miastem Tańczącego Karpia czułam się dobrze, bo czułam się potrzebna i pomocna. No, jak prawdziwy bohater.

 

 

0 Udostępnień